blog.

Wodny wodzirej

Wodnik, bo o nim mówię był dziś wyraźnie szefem całej sadzawki. Nie tylko żerował, bo to rzecz normalna, ale naszło go dziś na analizę sadzawkowych sąsiadów i zaczęło się! Najpierw przegonił młode rokitniczki, które wyskakiwały na wiszące trzciny, a wodnik dostawał białej gorączki i z wyciągniętą szyją jak rycerską kopią szarżował swym niedojrzałym jeszcze dziobem na sztandary rokitniczkowych skrzydeł. Odlatywały, ale zdaje się nie przejmowały się błotnym Don Kichotem, bo po chwili wracały na swoje trzcinowe wiatraki. Wodnik przegonił też trzcinniczka i nie wybaczył trzciniakowi grzędy na skrajnej trzcinie. To nic, że błądził w sitowiu, ciągle patrzył w trzcinowisko i szukał kogoś do wycelowania swego dziobska. Wcześniej w oczku siedział bielik. Ciekawe czy młodziak chciał go przegonić? Na łące pojawiła się para żurawi i odtrąbiła swoje fanfary na apel o dwudziestej pierwszej…Wodnik rozwrzeszczał się i wtórował im swoim świńskim chrumknięciem, jeszcze nie tak czystym jak u jego rodziców, ale wyraźnie było widać, że zdenerwowanie przyszło.  Dopiero nalot dymówek przegnał naszego wodzireja, który na widok pijących jaskółek odleciał w duże trzcinowisko. Nie mógł przegonić każdej z osobna, to wolał opuścić front i schować się na tyłach. Obserwowanie wodników to rodzaj fundowana sobie emocji jak z horroru! Nigdy nie wiesz kogo ten koleś pogoni.

Udostępnij:
Skip to content