blog.

Czary mary czarki

Wyobraź sobie dno lasu pokryte mchem. Ten mech przykrywa butwiejące gałęzie. Tworzą się góry i doliny. Takie jakby tundrowe. Gładko pofałdowane jak jakieś stare góry, powiedzmy trochę jak szczytowe partie Karkonoszy. Ta zieleń trwa tak przez całą zimę i kąpie się w zacienionej wilgoci. Tu wszystko trwa wolniej niż w naszej przestrzeni. Strzępki czarek austriackich przenikają tu każdą gałąź, mały konar, szczyt i dolinę. Przeczekują gorące lato i wczesną jesień by właśnie zimą wydać z siebie owocniki. Ich czerwień porównywalna  ze szminkami L’Oréal Paris Color Riche  czy z Estee Lauder Pure Color Envy są jakby z innego świata. Jak z Avatara czy naszych głębokich wyobrażeń o rzeczach, które albo widzimy rzadko albo wcale. Spotykanie czarek, zimą, w taki szary dzień jak dziś, jest jak buszowanie w skandynawskim sklepie z żelkami. Jest nagrodą za szarość. I co z tego, że te małe miseczki siedzą niemrawo na swoich grzędach, ich barwa wygrywa każdy konkurs. Welurowe, wyściełane wnętrza i ta ich matowość krzycząca jaskrawością. Zdaje się, że nawet w świetle księżyca mogą dodawać nocy elegancji. Te grzyby zatrzymują mnie zawsze na dłużej. Może dlatego, że są trochę od święta, trochę jak gumy Donald w mojej podstawówce. Od święta. Urocze, uroczyste, zaczarowane. Czarki.

Udostępnij:
Przejdź do treści