Kokoryczowe dolinki
Jeszcze nieśmiało, jeszcze chłodem smagane wychodzą i zaczynają kwitnąć kokorycze puste. Mają swoją ulubioną dolinkę strumyka, gdzie okupują jego skarpy. Nie są tu same. Wysychają już czarki austriackie, wychodzą zawilce gajowe, pierwsze ziarnopłony. W świeżo zwalonym dębie, w jego spróchniałościach borsuk, jakby łyżką wygrzebał zapasy myszarek: pestki wiśni ptasiej, orzechy laskowe, jeden włoski… Jeszcze zimowe brązy mieszają się już z nowalijkami liści kokoryczy. Ciemny las nabiera barw i nadstrumykowego uroku. Woda szemrze delikatnie i muska zatopione w niej śliskie gałązki. Przesuwa zatopione liście i odsłania nagie sylwetki kiełży, które poczuły powiew wiosny i raczej zaczęły myśleć o rozrodzie. Ich białe przecinki na tle brązów liści były jak gruziński alfabet. Na pierwszy rzut oka trudny, ale jakże piękny i tajemniczy. I gdzieś w tym wszystkim zahukane zimą kokorycze. Z każdym dniem będzie ich więcej i więcej. Napełnią zbocza, stworzą łany i uśmiechną las. Takich kokoryczowych lasów nie ma już za dużo. Ważny jest każdy hektar, a raczej już ar.