Grzywy grzywacza
W pierwszej klasie liceum, na biologii, patrzyłem przez okno na grzywacze, które wiosną skubały pączki topól i mizdrzyły się do siebie. Na następnej lekcji ze sprawdzianu dostałem jedyną z biologii jedynkę w moim życiu. Tak mnie pochłonęła obserwacja tych gołębi, że nie pamiętam o czym była lekcja i że był zapowiedziany z tego sprawdzian. Nie żyjąca już pani Zenona Jóźwiak (życzę takiej nauczycielki biologii każdemu), powiedziała mi przy oddawaniu sprawdzianu – I bardzo dobrze, może w końcu przestaniesz na lekcjach patrzeć za okno. I zadała pytanie – co tam takiego było, że mnie nie słuchałeś. Odpowiedziałem grzecznie z miną kota ze Shreka – grzywacze Pani Profesor (tak się kiedyś mówiło do nauczycieli a nie „panią”). Popatrzyła na mnie z ciekawością i odesłała do biblioteki po książkę Brehma „Ptaki”. Kazała mi to czytać bo wiedziała, że lekarstwa na oduczenie już nie będzie. Nie ma takiej apteki i takiego farmaceuty, który znajdzie sposób na leczenie fascynacji ptakami. Dziś zatrzymał mnie grzywacz chyba tylko po to by wrócić do gabinetu biologii. Pomyślałem sobie, że miałem wielkie szczęście trafiając na Panią od Biologii, która wyczuła Pana od Przyrody i przez kolejne lata czułem jej poważny oddech na każdej klasówce, która kończyła się już bardzo pozytywnie a czytanie kolejnych książek pomaga mi do dziś zrozumieć poszukiwania prawdy w przyrodzie. Pozwalało także zrozumieć, że w przyrodzie nie ma słowa nigdy i nie ma słowa zawsze. Najczęściej jest prawdopodobieństwo jakichś zdarzeń, do których przybliżamy się badaniami i zawsze mamy margines na poszukiwanie odchyleń i cymesików, które pokazują jak bardzo biologia jest procesem złożonym i ciekawym. Dlaczego o tym dziś piszę? Bo od rana siedzę w ławce i spoglądam na grzywy grzywacza i myślę sobie, że to LO było jakby wczoraj a tyle się zmieniło. Poza grzywaczami, które przez szybkę aparatu wyglądają tak samo dumnie jak wtedy przez szybę.