Nocą malowana pogoń
Na skraju śródpolnych zadrzewień malowały się czarne bryły umięśnionych rzeźb. Jakby Hasior a może Fangor zostawił coś dla potomnych. Koszalin, Orońsko, Dolina Łachy. Te „hasiory” czy też „Fangory” stały jak zaklęte w oziminie, na tle czarnych krzewów wierzby.

Były jakieś podenerwowane, napięte, trzymały się blisko siebie. Miałem wrażenie, że ktoś je chwilę wcześniej spłoszył. Oczy już ledwo je widziały, aparat widział je trochę lepiej. Z nieruchomości przechodziły w galop, potem znów wielkie zatrzymanie i znów galop. Co im się w tych głowach działo? Jedne z już odrastającym porożem, inne z jednym tylko, a mniejsze jeszcze w pełnym wyposażeniu. W pewnym momencie ruszyły jak tuwimowska lokomotywa.

Nabierały prędkości, rozrywały racicami łąkową darń, po czym nagłe hamowanie i zwrot w moim kierunku. Przybiegły na kilkanaście metrów. Czułem ich zapach, słyszałem oddech. Nie ja im dziś przeszkadzałem. Patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Potem spojrzenie w przeciwnym kierunku i znów nogi w ruch. Pokrążyły po małej łączce, powtórzyły jeszcze biegi, zatrzymywanie i rozbiegi po czym przebiły się przez głogowe czyżnie i pognały przez rozległe łąki. Nie, nie, nie od razu do lasu, do najbliższego lasu. Wybrały pogoń z wielkim zakrętem, przecięły jezdnię i na świeżo posianym jarym, zaczęły wzbijać tumany piachu by zapaść się w czerni na ścianie dębowego lasu. Tam były bezpieczne. Czerń zlała się z czernią. Korpusy rzeźb i dębowe pnie połączyły się w nocnej komunii zastawiając za sobą zagadkę wieczoru. Nie widziałem nikogo więcej, nie słyszałem nikogo. Tylko one i ja, ja i one i noc.

Malowały swoją podróż, ucieczkę, pogoń w nocnym świetle widzianym jedynie dla pręcików ocznych. Zostawiły za sobą pył i zapach piżma. Noc zabrała tajemnicę do czarnego lasu.