blog.

Pływające fungarium

Olsy wybuchły świeżą zielenią, ożyły po czarnej, bezśnieżnej zimie i znów tętnią życiem. Żurawie, krzyżówki, samotniki i cały ten drobny ptasi rejwach. Żyją i dają życie tysiącom organizmów. Niedostępne strzegą swoich tajemnic. Gdzieś tam, w ich sercu, tam gdzie zachowała się jeszcze kępowa struktura i gdzie upadłe olsze stają się statkami donikąd, rozpoczyna się inne, nowe życie. Pień olszy staje się podstawą hydroponicznej uprawy, grzybowego ogrodu marzeń, niczym wiszące ogrody Semiramidy. Nie ma tu Nabuchodonozora II i jego zony Amytis, która takowe ogrody dostała, ale jest tu erupcja bioróżnorodności. Grzyby, rośliny, wszystko to szuka dla siebie opoki na której można zostać na cały sezon. Wiatr popycha te pływające kłody i w wodnych oazach olsów ma się wrażenie, że ktoś to zrobił celowo. Te statki a raczej barki cumują pod stojącymi jeszcze drzewami, które w stagnującej wodzie oczekują przemiany. To swego rodzaju metanoja, nie umysłowa jak u starożytnych Greków, ale botaniczno-mykologiczna. Zmiana życia w steki, tysiące a może i miliony żyć. Czy może być coś piękniejszego. Upadłe olsze dają z siebie najwięcej. Każda ich komórka daje początek nowemu. Dziś kilka takich barek krążyło w olsie za zasłoną turzyc. Nie wejdziesz do wody – nie zobaczysz. Nie zburzysz czarnych, mokrych murszów – nie dotrzesz do kości słoniowej owocników. Czasem, a może nawet zawsze warto zobaczyć niewidzialne.

Udostępnij:
Przejdź do treści