O lataniu kań i nie tylko ich
Jeśli masz trochę czasu, jeśli fascynujesz się lataniem i jeśli byłeś w powietrzu to zrozumiesz o czym piszę. Patrzyłem dziś na kanię czarną i pięć kań rudych.

Dolina Odry na chwilę odleciała z kaniami do nieba. W uszach Pink Floyd i pieśń Davida Gilmoura „Learning to Fly”. To co wyprawiają kanie w powietrzu to akrobacja na zwolnionych obrotach. Obracają się wokół osi, przechylają na boki. Żeglują w powietrzu swymi skrzydłami. To szybowce, które zdaje się prowadzić wielokrotny mistrz szybowcowy Sebastian Kawa. Kilka ruchów skrzydłami, bąbel ciepłego powietrza i już się kręcą w niewidzialnym kominie. Dziś towarzyszyły mi i im bociany białe, kruki, myszołów. Cudowna termika niosła je pod białe cumulusy, po czym wracały do żerowiska. Gwizdały i znikały gdzieś za drzewami. Wrócił mi też pierwszy lot szybowcem, który zostawił mi delikatny świst za uszami i jakąś taką ciszę. Trochę to podobne do nurkowania w samotności. To coś innego niż lot na motolotni, podobny do jazdy Komarem 3 po polnej drodze, to coś innego niż Cesna 150tka, coś innego niż Gawron czy Wilga. I zupełnie coś innego od wielkich pasażerskich autobusów. Szybowanie jest jak u Floydów, jest emocjonalnym przeżyciem, którego nie sposób zapomnieć. Fascynacja kaniami, to odtworzenie tych wszystkich przeżyć, które tak mocno zostają w głowie po wylądowaniu.
A tu z Mirkiem Horbaczem i jego sprawdzianem, czy dam radę w górę i w dół, w górę i w dół. Obyło się bez problemów żołądkowych, a Mirkowi dziękuję za kaniowe latanie w 2007 roku.



