Odrzańskie zaćmienia
Zanim wzszedł, zanim się zaczerwienił wieczorową porą, najpierw wprowadził mnie w osłupienie, bo go zwyczajnie nie było. Był za siedmioma wałami, siedmioma mgłami i siedmioma łęgami. W końcu i Odra doczekała się czasu księżycowego i zaćmiła się czerwienią czerni. On zakrywał twarz ze wstydu, gdy na wodzie Odry łabędzie nieme zrywały się do lotu i rozcinały swoimi lotkami ciszę nadodrzańskich wilgoci. Niby pustka wrześniowej nocy, a jednak czołówki wędkarskich świetlików błyskały nas wodą. Odgłosy idących spać w trzcinie ptaków mieszały się z ludzkimi głosami znad wędek. Kolejne chmury chciały przesłonić przedstawienie. Czas biegł szybko, a zaczerwieniony to gasł to zapalał się po wyjściu z chmur. Jakieś auto, spóźniony wędkarz, rozświetliło na chwilę najbliższą okolicę po czym zaginęło w pobliskim grądzie. I jeszcze księżyc nie zniósł swojej maski na dobre, a już tęsknota za unikalnością zaczęła rodzić się w głowie. Za krótko, za rzadko, za raz. Nagle światło słoneczne odbite od tarczy księżyca rozświetliło noc. Dęby nad Odrą błyszczały już w księżycowej poświacie, wiechy trzcin migotały nad wodą. Rozkrzyczał się lecący kwokacz, rozdarły się czaple, uderzył ogonem bóbr jakby chciał zamknąć przedstawienie. Kilka godzin cudów, kilka godzin teatralnej gry księżyca w cieniu naszej Ziemi. Zaćmienia odrzańskie, zaćmienia wrześniowe. Nowe otwarcie, nowy czas.