Wierzbowe łosie
Gdy wokół zima, gdy dokucza, gdy mróz to pokarmu trzeba szukać gdzieś wyżej. Tu z pomocą przychodzą wierzby, które swe delikatne witki zwieszają nad rowami Żuław. W pustce rolniczych pustyń każda wierzba jest jak oaza na ergu. Przyciąga do siebie łosie. Tu matka z dwójką maluchów (maluchy to w przypadku tej naszej „megafauny” swego rodzaju banał), podeszła na rogatki wsi i nie przejmując się szczekaniem psów z wierzbą idzie dalej. Nie przejmowały się też hamowaniem ciekawskich na pobliskiej krajówce, choć prościej było je obserwować z bocznej drogi. Wierzba zagryzana śniegiem, to widać na zbliżającym się przedwiośniu konieczność. Odwilż, która właśnie ogarnia nasz kraj z pewnością przyniesie łosiom trochę odmiany w żywieniu. Może rzepak, może sosna, a może jednak wierzba, która zaczyna nabierać powoli soków i zmienia delikatnie kolor witek. W krajobrazie pustki wierzba z łosiami to coś więcej niż przedwieczorny obrazek, to nadzieja na zachowanie bioróżnorodności. Jedna rzecz chrzęściła w moich uszach niewyobrażalnie. To trzask łamanych szczękami niby miękkich witek, a jednak okolica napełniała się takim szorstkim nieco wrzaskiem wierzbowych strun. Gdy nałożymy na to ciepło zachodzącego słońca w trzaskającym mrozie, cały ten wierzbowy świat ogranie nas niczym salicylany zawarte w aspirynie. Tę gorączkę w chłodzie lubię najbardziej.