blog.

Pełnia pełnika

Po całym dniu pracy bardzo chciałem zobaczyć wschodzący księżyc, któremu do pełni brakuje teraz ok 1%. Czyli tyle, ile nasze oko nie bardzo potrafi rozróżnić z pełną pełnią. Spojrzałem na wschód, gdzieś tam w Kotliną Żmigrodzką licząc, że ta niebieska pełnia wyłoni się zza horyzontu i nacieszy oczy niebieską unikalnością. Tak się nie stało. Kiedy czytam, że ma być jakieś niesamowite zjawisko astronomiczne, w dolinie Łachy pojawiają się chmury i całe to zjawisko bardzo często odbywa się poza świadomością, mniej więcej tam gdzie zaczyna się tęcza a kończy ogon jakiejś nagłej komety. Dziś właśnie mamy ten dzień, kiedy księżyc rośnie za chmurami, z których i tak deszcz nie pada. W związku z tym decyzja, by nie rezygnować z pełni i zamienić ją na pełnik. Pełnik europejski, który kwitnie pełnią wiosennych uniesień ponad turzycami. Księżycowy kwiat wypełnia pustkę po niewidzialnej pełni. Namiastka? Ale jaka piękna ta namiastka. Gdybym tylko patrzył w niebo nie maiłbym przyziemności, która bywa często piękniejsza od odległej galaktycznej pustki wiejącej chłodem i mrokiem. Jedno jednak drugiego nie zastąpi, bo każdy kto patrzy w niebo wie doskonale jak bardzo to wciągające i często nie koliduje z dziennym oglądaniem przyziemności. Choć jak mówią niektórzy, ktoś musi wytaszczyć ten ciężki teleskop by coś tak w końcu dojrzeć. Pełnik za pełnię, za pełnię szczęścia? Tak, to dobre rozwiązanie gdy chmury, tylko od patrzenia na jego kwiat w pełni kolana stają się mokre od wilgotnej gliny, podczas fotografowania. Zawsze jest jakieś ale, ale to ale jest tylko takim krygowaniem się by nie dostrzegać chwilowej pełni szczęścia, w której nagle możemy się znaleźć. Wystarczy tylko posłuchać Sade i jej „The moon and the sky” i nagle pełnia pełnika wypełnia całe niebo w gębie.

Udostępnij:
Przejdź do treści