Equisetum tango
Zastygłe przed tańcem dnia. Wychodzące na skraju górskiego lasu, jakże inne od roślin obsypanych kwieciem. Są odległym wspomnieniem dawnych lat – paleozoicznej potęgi, z której czerpiemy i my. A te? Te w teatralnej pozie przed jakąś leśną milongą szykują się do słonecznego tanga, w którym piąć się będą ku górze, by z zarodnionośnych kłosów wysypać zarodniki zaopatrzone w dziwaczne haptery. Gdy spadnie z nich rosa poranka, uniosą pędy nieco wyżej, jakby rozpoczęły taniec. Wysycone krzemionką trzymają fason i strzelistość tanga. Zastanawiam się czysto teoretycznie, czy pasowałoby im tango Piazzoli, czy może coś nowocześniejszego, jak Narcotango czy Gotan Project. Choć te ostatnie czerpią tango nuevo właśnie z Piazzoli, który na początku lat 80. XX w. ten styl właśnie utworzył. Patrząc na nie, widzę guziki bandoneonu, które za chwilę zaczną wydobywać dźwięki z nieco pękatego instrumentu, a para zatańczy w swej jakże sztywnej pozie. Czego to leśne przywidzenia nie wymyślą. Choć tango grał na pobliskim drzewie gil. Melancholijny flet urywanych dźwięków jako wstęp do nadchodzącego wiatru, który zafaluje i zaskrzypi skrzypem leśnym.