Piorun Pożar Polder
Nie spodziewamy się rzeczy, które zdarzyć się nie powinny.
Wczoraj wieczorem padał deszcz, było trochę piorunów, potem padało i padało. Liczyłem sobie błyskawice i czas do grzmotu. Zamieniałem swoje przeliczenia na kilometry. Osiem, pięć, cztery. No, jeden może nieco bliżej. Rzęsisty deszcz tłumił jednak wszystko, a ciemność nocy zamazywała rzeczywistość.
Tu trzeba przerwać. Zastanowić się nad filozofią przypadku.

Okazało się, że właśnie dziś zaczęliśmy kosić jeden z naszych społecznych rezerwatów. Tu zostawiamy, tam muszą wysypać się rzadkie rośliny, a tu jest zwyczajnie mokro po burzach. Jak co roku objeżdżamy kosiarką łąki, odkaszając to, co ma pozostać, od tego, co przeznaczone na siano. I tu przypadkiem, już przy zachodzie słońca, wjeżdżamy na wilgotną łąkę pod lasem… Przypadek? Tak! Zupełny przypadek, kiedy za jedną z brzóz na skraju lasu widzimy ogień. Nie za duży, ale jednak. Brązowe orlice, rozpalone cygara kikutów brzóz i małe, kopcące wulkaniki pod górkami kęp. Pali się po deszczu? Przypadek? Nie sądzę!
Może ktoś podpalił? Może słynna, a mało skuteczna butelka? Może papieros? Tylko dlaczego nie przy drodze, a gdzieś, gdzie zaraz obok śpiewa strumieniówka?

Telefon do leśników, telefon do Straży Pożarnej. Oczywiście gumowe klapki zadeptały, co mogły, ale wulkany dymiły nadal. Koledzy z OSP Smogorzów Wielki przyjechali szybko, wylali 3 tysiące litrów wody. Wulkany przestały dymić.

Skąd pożar?
Zajęło mi chwilę tropienie przyczyn, ale znalazłem sosnę, którą ubiegłej nocy trafił piorun! To nic, że mokro. Ziemia z próchnicą pod sosną żarzyła się, przyszło słońce, wysoka temperatura i ogień po wielu godzinach zaczął się rozprzestrzeniać. Na szczęście ostatni deszcz zostawił wilgotną ściółkę, mokrą korę drzew i – znów na szczęście – nie było wiatru.
To tak o przyrodzie, która lubi pisać własne scenariusze. Warto pomyśleć sobie, skąd pierwotni ludzie brali ogień. Patrząc na zagęszczenie ludności kiedyś i częstotliwość pożarów od pioruna, to ci nasi protoplaści musieli mieć dużo szczęścia, by „łapać” ogień. A potem podtrzymywać, podtrzymywać i walczyć o ogień. Dziś wzniecanie wojen wydaje się być prostsze niż dawniej, a i ogień jakby inny.
