W rzece
Są takie miejsca w dopływach Odry, gdzie stajesz się rybą. Myślisz jak ryba, pływasz jak ryba i nie chcesz wychodzić z wody. Mimo że były dziś ogromne szczupaki, dużo okoni, płoci, jelców, ale też klenie, bolenie i leszcze, to przeżycie z tymi najmniejszymi było wyjątkowe. Tam, gdzie woda kłębiła się na przelewie, tysiące różanek – a czasem kiełbie w towarzystwie różnych innych gatunków – kłębiły się wzdłuż ściany glonów i żerowały, spychane silnym prądem.
Okazało się, że moja postać chroni je przed prądem, i wtedy zaczęły żerować mi przed oczami. Oczyszczały maskę, muskały usta, policzki i szyję. Odpływały i wracały ławicami. Zaparłem się płetwami w kamieniach i zostałem na dłużej. Czasem reagowały na moje oddychanie i dopasowywały się do wydawanych odgłosów, tańcząc w tę i z powrotem.
Tak powinna wyglądać rzeka. Pełna ryb, zróżnicowanych siedlisk na brzegach i na dnie oraz miejsc, gdzie bąble powietrza natleniają cały rzeczny ekosystem. Rzeki są krwioobiegiem Ziemi. Jeśli nadal będą niszczone, to musimy pamiętać, że sami pod sobą kopiemy dołek. W USA, na ziemiach rodzimych mieszkańców, już rozbiera się zapory, powyżej których rozwijały się sinice i truły wędrujące łososie. Rzeka musi mieć miejsce na rozlewanie się, natlenianie i samooczyszczanie.
To, co dziś przeżyłem, to jakiś atawistyczny powrót do odległej przeszłości. Obcowanie z tysiącami organizmów, które tłoczą się przed oczami w nieco mętnej wodzie, to ogromny skarb, który powinien być naszym testamentem dla przyszłych pokoleń. I mówię to zupełnie poważnie, bez patetyzmu i medialnego nadmuchiwania. Mówię o emocjach bycia w przyrodzie. Kilka godzin pod wodą to również ogromny reset i odpoczynek – mimo walki z prądem, strachem i brakiem dna.