Wilcze spojrzenie
Warto czasem podążać za wzrokiem obserwowanych zwierząt. Tam, gdzie patrzą, dzieją się czasem chwile, które zostają na dłużej, choć zwierzęta, na które patrzysz, kradną uwagę tak bardzo, że te najpiękniejsze chwile łatwo przegapić. Bieliki przesiadywały na balotach bardzo długo; w bezpiecznej odległości nie bardzo bały się ludzkiej cywilizacji. Kręciły głowami, dostosowywały wzrok i… jakby nie chciały widzieć tego, co za mną, stroiły piórka przede mną. Szarzało. Noc zbliżała się nieuchronnie. Gdzieś na zachodzie przez chmury przedzierała się Wenus, by za chwilę zanurzyć się w koronach sosen, a ja, nieświadomy spojrzeń bielików, zachwycałem się ich symetrycznym balotyzmem. Siedzą i tyle – tyle można było o nich powiedzieć na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut oka coś nie grało. To kręcenie głową i akomodowanie działało na mnie jakoś zaciekawiająco i zrobiłem kilka kroków. Gdzieś tam, gdzie trzcinnik zderza się ze skoszoną łąką, poruszały się trzy postacie, które sprawiały wrażenie teatralnej sztuki pod otwartym dachem szekspirowskiego teatru profesora Jerzego Limona. Tam działa się radość renesansowych zabaw jeszcze przed nadchodzącym barokiem nocy. Małe wilki dogrzewały się w ciepłym piasku, ale nie był to już czas na fotografowanie. Rozmyte sylwetki wilczków zlewały się z morzem traw, a na widowni zostałem tylko ja z poważną wadą wzroku powodowaną zmierzchem. Kilka chwil, kilka rozmytych sekund i przednocny teatrzyk zasłoniła kurtyna ciemności.

Loża szyderców na balotach wymownie kręciła głowami, by po całym tym spektaklu odlecieć na swoje stare sosny i śmiać się ze mnie do rana. „Miałeś, chłopie, najlepsze miejsce w teatrze, ale patrzyłeś na kulisy”. Czasem nie widzimy tego, co najważniejsze, kupujemy blichtr taniej telewizji i zachwycamy się kręcącymi głowami celebrytami. Trzeba się w życiu mocno odwracać, by jakiś telewizyjny, rzekomo istotny program nie zabrał nam najpiękniejszej codzienności, która dzieje się każdego dnia.