W poszukiwaniu tlenu
Pomyśl przez chwilę, że jesteś rybą. Bardzo teoretycznie. Rybą, która ma tylko skrzela. Nie jesteś bojownikiem, nie jesteś rybą labiryntową, która może sobie kłapnąć łyk świeżego powietrza. Jesteś płocią, wzdręgą, okoniem. W twojej rzece brakuje wody. Jest gorąco! Dolne warstwy pełne mułu zaczynają gnić. Zabierają tlen, czasem pojawi się metan, czasem siarkowodór.
Ty tego nie czujesz tak jak ja, bo jesteś rybą! Nie zapominaj. Mimo że mogłabyś otworzyć pysk i ciach, sztachnąć się moim tlenem i po wszystkim, ty jesteś rybą, która nie ma jak, nie ma gdzie. Ciepła woda? Bardzo dziś – no to spadek stężenia rozpuszczonego tlenu. Gdybyś miała płuca, a nie skrzela, dyszałabyś jak koń po Wielkiej Pardubickiej nakryty foliowym brezentem. Ryby nie dyszą, rybom jest trudno. Ktoś jeszcze dolewa trochę nieoczyszczonych ścieków, które pomagają glonom zabierać twój tlen.
Rozumiesz już jako ryba, że jest ci bardzo źle. Nie masz ochoty na pływanie szybkie, bo „zadyszka” – powiedzmy, że zaskrzelka! – zabiera ci ochotę na życie. Ratujesz się, bo ile można tkwić w trudnej sytuacji. Nawet nie bardzo masz jak popłakać, bo jesteś rybą. I wtedy tonący napięcia powierzchniowego się chwyta i dokładnie tam, w tej cienkiej warstwie, na granicy między Zeusem a Posejdonem, jest tego tlenu więcej – no, nieco więcej – a ty jesteś rybą.
I wtedy ty, jak ja w zakurzonym pokoju, oddychasz przez szczelinę dwóch światów, jak ja przez pękniętą szybę z mocno przyssanymi ustami do szczeliny. Możesz tego nie rozumieć, bo jesteś rybą! Ale dzióbkujesz, bo to jedyna szansa na to, by przeżyć. Robisz to ty, robią to wszyscy twoi sąsiedzi, bo susza trwa, bo woda spływa w wyprostowanych rzekach do Bałtyku – za szybko, za krótko i bez przejmowania się, że jesteś rybą. Ryby odchodzą w ciszy, nikt nie słyszy ich zadyszki. Zaskrzelki…
Jeśli czujesz się rybą, to może warto pogadać z kimś pogadać, kto cię zrozumie, wysłucha i wesprze. Wcale nie musisz być rybą.