blog.

Wrzosem utkane

W biegu dziś, między światem a światem, z przerwami na świat codzienny. Dziś wracam na chwilę nieco wyżej niż wczoraj. Wrzosy dziś kwitną i malują sobą rzeczywistość odległą, egzotyczną, pełną niespodziewanych gości, niespodziewanych zdarzeń. Jesteśmy trzydzieści centymetrów nad ziemią, czasem nieco wyżej. Słychać pszczoły, które mozolnie dobierają się do malutkich dzwoneczków i napełniają swoim bzyczeniem krzewinkowe bonsai. Jakiś motyl, modliszka, biegacz – wszystko zagubione w tłumaczeniu (myśląc oczywiście o filmie Między słowami / Lost in Translation Sofii Coppoli), w którym jest jak na wrzosowisku. Wrzosowisku Stachury, wrzosowisku, gdzie można zniknąć w monotonii różu, fioletu i purpury czasem jakiś burgund. W tysiącach Japończyków, by ostatecznie skupić się na jednym hotelowym oknie.

Gąszcz na poziomie kolan, gęstszy niż wszystko inne. Może żmija, może jaszczurka, może lelek. Po co szukać! Wystarczy patrzeć, wystarczy wąchać i czuć, jak wszystko wybucha sierpniowo-wrześniowym kwieciem. To wielki odpoczynek dla oczu, uszu i nosa. Wszystko delikatne, odświętne, choć przyziemne. Wrzosowe takie. Takie akurat na dziś, na jutro, na koniec lata.

Udostępnij:
Przejdź do treści