Wieczory z bocianem
Zatrzymał się na chwilę, tuż przed nocą. Po całym dniu zabiegania i zalatania. Uciekł od otwartych dziobów dzieci, od karmienia. Uciekł od żłobka bocianiego gniazda, w którym zrobiło się za ciasno, za gorąco, za głośno. Uciekł tam gdzie zmieści się tylko jeden bocian. Zaklekotał, poprawił jedno, drugie, setne pióro. Zatrzepotał skrzydłami, otrzepał kurz i wtulił się we własną szyję. Znalazł tu ukojenie, przyjemne ciepło zachodzącego słońca i jakiś chwilowy spokój od codzienności. Każdego dnia zaglądamy sobie wzajemnie do okien swoich rzeczywistości. Spoglądamy, dziwimy się i liczymy na święty spokój. Czasem klekotaniem przypomni mi, że jednak jeszcze jest, że nie poszedł, że zostanie jeszcze na chwilę. Może 50 dni? Może kilka dni dłużej, choć gdy będzie w pełni sił, to nie będzie oglądał się na gniazdo i czmychnie do afrykańskich sawann. Pracuję przed ekranem i co jakiś czas zaglądam na pobliską lampę czy już jest. Raz, drugi, trzeci i już tęsknisz. Bociek ma obrączki, więc wiem, że to zawsze ten sam. Samiec. Wraca w Dolinę Łachy, zrobił się swój.
