blog.

Na pełnym zaniemówieniu

Miało być dziś coś innego. Miało, ale po drodze zaniemówiłem. Słońce już kładło się na zachodnich wzgórzach i oświetlało te moje ciepłym światłem, które kąpało się w lodowatym wietrze z północy. Wróciłem do lasu z mojego dzieciństwa i wszystkie wizyty a jest ich około 46! -każdego roku przynamniej raz liczę, stanęły mi przed oczami. Dno lasu świeciło ultrafioletem, szafirem, liliowym i niebieskościami. Migotały oczami Migotki z Muminków, pięły się jak kapelusz Włóczykija ku niebu i strzelały swym pięknem w nagie lipy, graby i klony. Przylaszczki osiągnęły pełnię kwitnienia w Dolinie Łachy i ten ostatni mały skrawek świeci całą dostojnością i elegancją. Trochę się przy nich położyłem by wiedzieć tak jak one i patrzeć jak słońce chowa się za grabem i garbem moreny. W oczach cała górka mieniła się jakąś taką nostalgią do czasów dzieciństwa, kiedy wyprawa na przylaszczki była obowiązkowa i trzeba było odbyć ją kilka razy, by trafić na moment kwitnienia takiego jak dziś. Nad głową poleciała pierwsza słonka, drozdy rozpoczęły wieczorny koncert a z pobliskich buków siniaki zaznaczały swoją obecność głębokim pohukiwaniem. Nie przeszkadzało to jednak ciszy na dnie lasu, która żyła dziś wiatrem i światłem. Nawet nagły wrzask dzięcioła czarnego wydał się jedynie jakimś sennym zawołaniem na tych co za lasem, za górą, za przylaszczkami. Zakwitło niebo na samej ziemi. Zdaję sobie sprawę, że to jedyny moment kiedy będę w niebie, bo tu na dole miło i bezpiecznie a tam na górze to lęk przestrzeni mógłby powodować dyskomfort. Pewnie znów kleszcze z czarnego piekła ziemi mnie obsiądą i podobnie jak wczoraj będę je usuwał czekając na kolejną boreliozę. Przylaszczki to strefa między piekłem a niebem, gdzie ziemia z tymi roślinami jest oczyszczającym czyśćcem dla oczu, nosa i duszy czymkolwiek ona jest (odsyłam do książki Darka Czai Anatomia Duszy, tam jest więcej poszukiwań, jako biolog jestem przekonany, że do DNA). Trochę mi przeszkadzało nowe ogrodzenie zrębu, ale górka jeszcze jest, jeszcze pali się fioletem i nadal towarzyszy mi w przechodzeniu kolejnych lat i doświadczeń. Tuż obok, zgodnie z legendą jest takie wodne zapadlisko. Ludzie mówią, że tam zapadł się młyn z wiedźmą (przed wojną mówili hexe). Cóż, ciągle na nią nie trafiłem, ale może w końcu się zdarzy. Jeszcze kowalik, ten zawsze mi towarzyszy przy przylaszczkach jakby to był a nie jest, cały czas ten sam osobnik. Z nosem przy ziemi zostałem na trochę.

Udostępnij:
Przejdź do treści