blog.

Dzień Dziecka

Miłość do własnych dzieci bywa bezwarunkowa. Na pierwszy rzut oka, dla osoby nie zajmującej się przyrodą na co dzień, mała płomykówka może uchodzić za przykład pewnej wręcz literackiej brzydoty. Charles Pierre Baudelaire z pewnością by się nimi zachwycił, i napisałby zapewne poemat „sowy zła”.  Ci co byli przy obrączkowaniu czy kontroli gniazd wiedzą, że te stwory jeszcze syczą, a samo otoczenie, w którym są resztki gryzoni, śmierdzi. A jednak! Piękni rodzice karmią te swoje maszkarony w ciemności budki i być może wydaje im się, że są piękne. Ich półnagie ciała, w różnym wieku zlewają się w jedną masę, która syczy. Klują się asynchronicznie, co pozwala dostosować się do obfitości pokarmu. Jak mało gryzoni, przetrwa najsilniejsze, pierwsze pisklę, jak pokarmu dużo to więcej młodych może liczyć na przeżycie. Kontroluję tę budkę od 18lat! To drugi lęg dopiero. Nie mam pojęcia czy są 4 czy 5. Nie ingeruję. Tylko małe zaglądniecie, przez mały otwór, pstryk i dzielę się z Wami dziećmi innych rodziców. Dziećmi z Doliny Łachy.

Spojrzenie na te płomykówki to jak wgląd w dzieciństwo. Takie beztroskie, umorusane, szczęśliwe. Czy pojęcie nasze ludzie – szczęście- da się przypisać ptakom, tego nie wiem, ale gdy są najedzone, bezpieczne, z daleka od kuny, to o jakimś szczęściu możemy mówić. Do tego karmione są przez dwoje rodziców. I nie są głodne bo tuż obok, leży truchło świeżutkiego gryzonia, którego można by w każdej chwili zjeść. Cóż więcej trzeba?

Trzeba jeszcze wiary rodziców we własne dzieci i pozwolenie im na doświadczanie świata. Na podejmowanie decyzji, na poszukiwanie, na poparzenie palców czy przyklejenie języka do zamarzniętej klamki. Próba wrzucenia dzieci w jakieś foremki najczęściej źle się kończy dla obojga stron. Towarzyszenie, rozmowy, dokarmianie i wysłuchiwanie wydają się być dobrą receptą na czas karmienia młodych. Trzeba tych myszy sporo nanosić, żeby serduszko na twarzy w końcu się pojawiło. To sporo pracy. Dziś Dzień Dziecka, dzień każdego dziecka i tego andersenowskiego kaczątka i tego płomykówkowego i tego co doświadcza wojny, tego z Korei Północnej, dzieci z Afryki i tych z końca świata. Kiedyś w malutkim domku na Isla Navarina w Chile usłyszałem płacz dziecka. Dom nieco większy od budki sów, na zewnątrz butla z gazem bo się nie mieściła i głos matki, który koił, uciszał i karmił bliskością. To był najprawdziwszy Dzień Dziecka, w który byłem niemym przechodniem. Przy budce sów wrócił mi ten obrazek, przeżyty ponad dziesięć lat temu. Dzieci z tych najmniejszych budek za jakiś czas mogą nas pozytywnie zaskoczyć. Wspierajmy je, bo mieszkamy na wyjątkowej Planecie. Na Ziemi pełnej Dzieci.

I jeszcze jedna refleksja po spotkaniu z sowami. Pomijam, że mnie coś oblazło i wymagało szybkiego prysznica. Te małe ptaki/dinozaury były tak bardzo schulzowskie, tak bardzo egzotyczne i tak wręcz nierealne, że z pewnością Bruno Schulz  wrzuciłby je do Księgi Bałwochwalczej, bo ich ciała są jak postaci z Sanatorium pod Klepsydrą, i te z książki i te z filmu „Sanatorium pod Klepsydrą według braci Quay. Tak jakoś takoś przy tej budce mi się pokojarzyło.

Udostępnij:
Przejdź do treści