Nie z tej epoki
Dziś zatrzymują mnie na dłużej, te ostatnie, plamy akrylowych płatków przyklejonych do zieleni późnej wiosny. Kąkole wracają niczym Feniks z popiołów i przypominają nam o kwietnych polach, które były utrapieniem dawnych rolników, młynarzy, piekarzy i wszelkich wątrób co trafiły na zmielone ziarnko kąkolu. Piękno ma swoją cenę. Kwiat niezwykły, kielich wręcz gotycki, a nasiono wydane zawiera trującą giteginę. Z jednej strony wyeliminowano zatrucia ludzi i zwierząt, z drugiej zrobiła to za nas chemia, która leje się na to co jemy. Nie wiem co truje mniej, co bardziej, dlatego pozostanę w sferze estetycznej tej rośliny, która teraz, gdzieś z boku, gdzieś na skraju tryska urodą i przypomina, jeśli ktoś nam wcześniej opowiedział historię kąkolu, dawne światy. Jednym z takich światów są okolice Drohobycza, gdzie zapewne Bruno Schulz spacerował schodząc z ulicy Krokodyli za miasto. Świat wtedy gęsty od roślin towarzyszących, wędrujących tam żółwi, które i mi przyszło zobaczyć na tej żyznej ziemi, pełen zapachów i nieprzeczuwających wtedy co nastąpi zakręconych pisarzy, wróżów i przepowiadaczy przyszłości. Wtedy ludzie wierzyli w ropą płynący Borysław, a nie nacjonalistycznego malarza z dużymi kompleksami. Gdy jest dobrze, trudno przepowiadać tragedię. Wtedy, gdy kwitły kąkole, a ludzie na wielkich przetakach odsiewali ubiegłoroczne ziarno, wtedy właśnie Bruno mógł obserwować ptaki, o których pisał w „Sklepach Cynamonowych”. Wyobrażam sobie polną drogę, z innymi śladami kół niż dziś, ze środkiem wydeptanym przez konie i bokami rozjechanymi drewnianymi, okutymi w obły płaskownik kołami z jesionu. Na tej drodze kładące się z żyta kąkole, chabry, maki, może ostróżeczki, może gdzieś w burakach kurzyślad błękitny. I ptaki ojca Schulza, nie opisane dokładnie, dzikie, trochę będące hybrydami sępów, kuropatw, kur i nikt nie wie czego tam jeszcze. Może perlic, chodź i te coś sępiego mogą mieć w sobie i straszyć trupimi kończynami na krańcu życia. Odszedł ojciec Schulza, odleciały ptaki przegonione miotłą, zabito Bruno, przegoniono dusze, opryskano kąkol. Wszystko można tak łatwo unicestwić. Wszystko jest tak kruche, nagłe i krótkotrwałe. Nawet świeżo co kupiony czajnik zepsuje się z dnia na dzień zostawiając nas bez ulubionej herbaty. Przychodzi jednak coś nowego, zakwitnie kąkol na miedzy i da nadzieją na zachowanie myśli, przyrody i tych plam malowanych akrylem na zieleni wiosny.