blog.

Urlop od codzienności

Żerujesz, nosisz, karmisz. I tak w kółko. W końcu na twoim strumyku te wszystkie nakarmione przez ostatnie miesiące pisklęta zaczynają same żerować. Przestają domagać się ryb. Zaczynają własne życie na własny rachunek – płacony przemierzonymi kilometrami małych rzek, w których budują swoją codzienność.

W końcu jest czas, by wyjść na słońce z ciemnych łęgów i swoją czarną szatą otulić się w promieniach. Można odpocząć po intensywności lęgów okraszonych upałami, strachami, odwiedzinami bielików, zaglądaniem szopów i kruków, ale też po nieustanności karmienia młodych. Czas na hiszpańską sjestę w upale.

Sen na łące

Dzieliła nas ogromna odległość. Nie czas na fotografowanie – czas na przeżywanie i patrzenie na beztroski urlop od codzienności. Obydwaj wiedzieliśmy o sobie, ale też wiedzieliśmy, że mnie nie grożą dobre fotografie, a jemu przepłoszenie. To taki rodzaj uczciwego podglądania przyrody, kiedy wszyscy wiedzą o sobie, ale też wszyscy nie muszą udawać, że ich tu nie ma.

Czasem poprawiał pióra, czasem strzelał dziobem w niebo, by po chwili zamykać oczy, zatapiać dziób w brodzie z piór i spać, spać, spać. Łąka otoczona kukurydzą dawała ten rodzaj spokoju, o którym marzymy po ciężkim dniu: cisza, może tylko kamerton wiatru i lejące się ciepło z odległej żarówki słońca. Mogłem patrzeć i patrzeć. Na szczęście robiłem inne rzeczy i przez ponad godzinę zerkałem do jego azylu. Trwał w swej samotności, która w tej sytuacji była jego wyraźnym zbawieniem. Gdy odjeżdżałem, zmienił tylko nogę – z prawej na lewą. Zatrzepotał piórami, fiknął dziobem i znów w objęciach Morfeusza był niedaleko zarośli, gdzie ostatnie tchnienie wydawał Rojnik Morfeusz.

Takie odpoczywające boćki czarne zdarzają mi się każdego roku. Jeden nawet siedział na łące, jakby wysiadywał jaja. Urlop od codzienności wydaje się ważną rzeczą w życiu. Warto by się od nich uczyć całego tego poukładania w czasie i nie marnowania go na rzeczy niepotrzebne. Nie mam jednak recepty na taki stan zmian.

Udostępnij:
Przejdź do treści