blog.

lipstick on the ground

W monotonii wrzosowisk, w półpustyni muraw szczotlichowych, w borze. Wszędzie tam ktoś pomalował usta chrobotkom. W całej tej szarości dna, tuż nad ziemią, takie małe cuda jak cukierki na choince skrzą się czerwienią apotecja chrobotków i są tak wyraźne jak ślady szminki na srebrnym lustrze. Nie wykonywałem reakcji barwnych, nie wiem, czy to chrobotek koralkowy, czy Florkego, czy jeszcze któryś z tych podobnych do siebie, ale wiem, że w uszach zagrała mi Kora i jej Lipstick On The Glass. Tak, ślad szminki na szklance, tu na parterze boru. Namalowane wszystko ciszą sierpnia, który przed zachodem wyśle jeszcze wygłodniałe lelki i będą chciały zjeść wszystkie ćmy. Gdybym miał podać adres takich małych chrobotków, musiałbym napisać: na lewo od piaszczystej drogi, tuż za kraterem mrówkolwa, pod okapem pachnącego chłodem wrzosu. Czasem w monotonii niektórych siedlisk kilka kropli takiej pretensjonalnej czerwieni opowie więcej niż wszystkie opadłe szpilki sosny. To jakby sobie na plaży opalić tylko pępek i w tej gipsowej codzienności pozwolić mu na chwilę szaleństwa. Powiało, Kora śpiewała już Krakowski spleen i tym swoim wiatrem rozkołysała wydmy do nocy. Potem cisza, potem noc, ślady szminki zatarła ciemność. Cóż, pozostało pośpiewać z Korą Bez ciebie umieram. Życiodajna mgła w całej tej ciemności umyła chrobotek po chrobotku, każde apotecjum, każdy ślad czerwieni. Takiej małej, w zasadzie niezauważalnej czerwieni tuż nad ziemią. Czasem, by dostrzec jakiś mały szczegół, trzeba się zniżyć do poziomu niewyobrażalnie pięknych przestrzeni ślepych architektów ewolucji.

Udostępnij:
Przejdź do treści