blog.

Antyfona łąkowa

Od świtu, od nocy z księżycem, gdzieś tam na łące rozlega się głos. Przeciwgłos! Jedno krzyczy drugiemu, drugie wtóruje pierwszemu. Gdzieś z bagienka zaczyna krzyczeć kolejna para i zza lasu trzecia, i ta na rozlewisku za rowem, i jeszcze z olsu, i… Zaczęło się, jedne już kopulują, inne zaczynają tańczyć, jednej parze zdarza się już wyrywać turzyce i znosić. Jeszcze zamarznięte mokradło, ale już trzeba być na miejscu. Trzeba pilnować własnej podłogi, choć ta grząska i niedostępna. Taka ma być. Krzyczą światu swoją miłość, nie muszą jej ukrywać. Wystarczy, że są razem. Czasem jeszcze kręci się przy nich zeszłoroczne dziecko, które za chwilę odleci się szwendać z resztą bezżennych i jeszcze wolnych w swoich poczynaniach, choć łapczywie zerkających na misteria swoich rodziców. Dla tych, głos antyfonalny to oznaka lęgów, to ich wizytówka działki, ich związku. Ten obustronny śpiew, ten donośny klangor zapowiada kolejną wiosnę, naszą też. Z wielką radością słucham kolejny raz tych fanfar i myślę, że to jakiś przywilej słuchać ich każdego ranka i z lasu, z ogrodu, z okna. Wiosna idzie tej zimy znowu. Woda jest!

Udostępnij:
Przejdź do treści