Oczy o zmierzchu
Nie ma już światła. Jeszcze nie noc ale o dniu ciężko pamiętać. Dzień zamyka kukułka, która na skraju zrębu krzyczy światu są monotonną synkopą, niby rytmiczne kuku ale zaburzane jakimś odległym śmiechem, zwolnieniem to znów wpadającym w rytm dźwiękiem. Jazzowo. Zamykały też dzień rudziki, jakiś drozd. Kruk z suchej sosny zakruczył do różowiejącego w oddali nieba. Jeszcze kozioł, jak wściekły szczekał po wzgórzach, jakby ktoś wchodził mu na podwórze. Wchodził właśnie. Kilka jeleni przeszło przez świerki na wzgórze, denerwując kozła wyraźnie. Ona stała cały czas w bezruchu. Ledwo dostrzegalna ludzkim okiem. Przyglądała mi się, ja przyglądałem się jej. W zasadzie oczy patrzyły w oczy tracąc ich blask w zaciemnianym ruchem ziemi lesie. Między nami chrabąszcze majowe budziły się ze ściółki i po raz pierwszy, niczym cząsteczki wody podczas sublimacji, odrywały się od szpilkowej ziemi i od razu trwały w entropicznym ruchu w powietrzu. Podnosiły się, przesłaniały mi ją, jej oczy. Ona patrzyła bez drgnienia okiem, bez ruszenia uchem, bez ruchu nozdrzem. Cały ten głośny, choć milknący las jej nie obchodził. Doskonale wiedziała, co i ja wiem, że nie chodzi tu o chrabąszcza czy o mnie. Gdzieś tu jest pewnie ukryte jej dziecko i nie trzeba by ktokolwiek o tym wiedział. Zamarłem jak ona, postanowiłem czekać. Trwało to długich 7 minut. Ręce stały się bardzo ciężkie, nogi glinianie. Czułem, że ten bezruch zaraz mnie złamie i ruszę się bezwiednie. Wtedy jednak ona, spokojnie ruszyła pod górę. Odetchnąłem z ulgą i ruszyłem leśną drogą w swoją własną stronę. Nie lubię chodzić tymi samymi drogami. Wtedy zawsze ktoś przed Tobą ucieka albo Ty gonisz kogoś. Czasem jak cień ktoś za tobą idzie i zagląda ci za czapkę. Gdy idziesz własną, ta wydaje się być szersza i o wiele prostsza.