Popadało
W jednej chwili zmyty został cały pył codzienności. Zniknęły wszystkie nasze dzienne sprawy. Przyszedł deszcz. Nagły, ulewny, życiodajny. W jednej chwili kałuże wyłowiły seledyn pyłków sosny i zamieniły się w nieprzebyte akweny porośnięte męskim pierwiastkiem obecnej wiosny. Zanim pochłonie je pragnienie bielic przez chwilę będą oceanami dla mrówek i wielkimi jeziorami kowali bezskrzydłych. Przez chwilę będą saunami i łazienkami ptaków, które siedzą na gałęziach i czyszczą się po obowiązkowym prysznicu w towarzystwie trzasków, grzmotów i błyskawic. Kruki znów narodziły się z wody i ze spokojem czekają poranka. Pozbierają swymi wielkimi dziobami nieszczęśników powodzian i wrócą do obowiązków dnia powszedniego. Będą patrzeć i reagować na wszystko co może je nakarmić. Dziś już czekają nocy, wyczekują. Są w leśnej filharmonii, a że to bór świeży to i orkiestra bardzo kameralna. Wręcz kwartet. Solo kukułki i flety śpiewaków, poprzecinane sosnówką i rudzikiem. Nawet jak na kameralną to bardzo, bardzo skromnie. Na drogach brak jeszcze jakichkolwiek tropów i śladów. Po deszczu wszyscy zaczynają od nowa. Nowe zapachy i znaczenie rewirów, nowe obchody terytoriów. Nowe wodopoje. Stare drogi.
A kruki siedzą na suchej sośnie i doskonale wiedzą, kto, kiedy, gdzie i być może wiedzą też dlaczego.