blog.

Błotny balet

Z pewnością nie był to Czajkowski i jego „Jezioro łabędzie”. Nie był to Grieg i jego „W grocie Króla Gór”. Nie, nie było tu też Brahmsa i jego „Tańca Węgierskiego”, nie było Grażyny Bacewicz i jej „Pożądania”. Jedyne co tu było to rozdarte błota krzykiem czapli i balansowanie na miękkim błocie. Szlam przyciągnął krzykacza i pozwolił mu się nawet najeść bezkręgowcami, bo po rybach już śladu nie ma. Za to balet jaki odstawiła ta czapla, zostanie mi w głowie na dłużej. Było to połączenie alkoholowego chodu, walca angielskiego i breakdance. Coś się nie trzymała pionu, a gdy jej nie szło chodzenie, darła się wniebogłosy. Rozumiem, że byłby tu jakiś krokodyl, no przynajmniej sum, ale nie. Nic. Widać takie miała usposobienie. Rozwrzeszczane takie. Reszta ptaków patrzyła z uwagą na wyczyny baletnicy, przestały żerować i zapewne dziwiły się temu przedstawieniu. Przez chwilę miałem wrażenie, że idzie ona po niewidocznej linie. Idzie po raz pierwszy i  ćwiczy przed wielkim finałem gdzieś na wysokości. Uśmiechałem się na jej/jego wyczyny i pod nosem nuciłem sobie piosenkę Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej „Nikodem”, ach jak to pasowało to błotnej gwiazdy/gwiazdora. Oj Nikodem!

Udostępnij:
Przejdź do treści