Lekarstwo na szarość
Przyszedł dziś listopad. Kilka dni później od kiedy zaczął się naprawdę. Ten szary, wilgotny i chłodny. Mżawka miesza się z mgłą. Po słońcu nawet poświata nie została w dolinie. Początek listopadowo-grudniowych szarug. Jeszcze trochę dęby trzymają jesiennego fasonu. Trochę buki. Tego złotego, kolorowego, karotenowego. We mgle i w mżawce nawet dęby i buki stają się masą odchodzącej przeszłości. Upadającą fabryką fotosyntezy. Jednocześnie olchy ciągle chcą być letnie i zielone, choć czerniejące już nadchodzącym grudniem i oczekiwaniem mrozów. Melancholia listopada przyszła do doliny w niedzielę. Po przebudzonym na chwilę ciepłym wyżu, czas na dołujące niże. Jednak w tym całym tyglu codzienności, pomieszanej z przemijaniem, jest jakaś nadzieja. Barwna, ożywcza i optymistyczna. To czas zimorodków, które właśnie teraz rozjaśniają szarość nie tylko barwami, ale też krzykiem nad chlupotem rzeczki. Są jak emisariusze wiosny, którzy przedzierają się przez jesień i dają nadzieję na nowe, na więcej światła, na kolor. To nic, że czarne chmury nad ochroną przyrody ciągle zasłaniają niebo, to nic. Nadzieja w zimorodkach, dla których rzeczka płynie ku przyszłości.