Zwidy poranne
Słońce wychodzi zza górki. W ciągu Wzgórz Strupińskich to jeden z tych gładkich, morenowych garbów, zza którego słońce wychodzi zimą. Gładki pagór, oświetlony oślepiającym słońcem, które jeszcze chwilę temu wschodziło w Kaliszu, Radomiu, Lwowie i gdzieś tam na nieludzkiej ziemi. Światło rozlewało się tuż nad ziemią jak plazma przy spawaniu. W całej tej gęstej atmosferze poranka kotłowały się kruki i bieliki. Dzień jak dzień, potrącona sarna na pobliskiej drodze zapewne miała nakarmić całe to zasępione towarzystwo. Siedziały na szafach pagórków, niczym ptaki Jakuba ze „Sklepów cynamonowych” Bruno Schulza. Nieokreślne, bez nazw, bez całej tej naukowej otoczki. Były cieniami, które chcą swój niematerialny obraz ożywić martwą sarną i zmaterializować swe wychudłe po nocy ciała. Wszystkie one jakby tańczyły w tym zimnym słońcu nad moreną. Robiły teatr. Kruki w drugoplanowych rolach, tańczyły poza kadrem, czekając na ruch bielika. Ten jednak widząc, że leci drugi ptak zapragnął być łosiem czy danielem i zaczął grać kogoś innego. Przysiadły kruki, przysiadłem ja, odleciał łoś. Odleciałem ja.