blog.

Czerń czarnych olch

Goethem zapachniało? Wirujące drzewa, pytania do ojca, trochę taniec śmierci z życiem i na koniec wygrywa Śmierć, która zabiera dziecko do wieczności, a w języku biologicznym do obiegu węgla, azotu i paru jeszcze innych pierwiastków. „Król olch” Goethego, jakże ważny utwór u progu romantyzmu, ale też jakże mylnie przetłumaczony z korzeni duńskich opowieści. Olch czy elfów? To zostawiam badaczom romantyzmu. Ja wolę zostać przy olchach, bo zawsze gdy zderzam się z czernią olszy czarnych, zawsze mnie ten romantyzm dopada. Roją się w głowie brzegi jeziora Świteź i od razu kojarzą z mickiewiczowskimi ziołami, które miałby być małżonkami i córkami Świtezi. W olsie czas mierzy się inaczej, mierzy się czernią olch, palowatymi pniami zakorzenionymi w mokrym murszu, które stoją na swych rozłożystych nogach i tworzą baśniowe, (powinienem rzec balladowe) klimaty. Ols to jeden z tych lasów, w których przyroda ma wysoką bioróżnorodność a i o duchy nie trudno. Przechodzące jak duchy jelenie, skradające się jak duchy żurawie, przemykające jak duchy wodniki, przelatujące jak duchy dzięcioły czarne, ulotne jak duchy słonki, które nad olsami kręcą elipsy namiętności. Wielki, czarny, mokry las szykuje się do spektakularnego wybuchu życia. Dziś jednak jest zamrożony w swej czerni i kreśli strzelistymi olszami runy nieczytelne dla przypadkowych osób. Ols trzeba czytać przez cały rok by zrozumieć jak ważny to i rzadki las. Nie wszędzie gdzie olchy tam ols, czasem może być łęg, taki przystrumykowy, gdzie olcha też ma swój kawałek podłogi.

Zima, gdy w olsie cisza, to dobry moment by przejść się po lodzie zalanego lasu, bez płoszenia wiosennych lokatorów, bez brodzenia w mule. Zimą jest czas na czerń olszy czarnych, na kontemplację, zachwyt, czasem na przerażenie. Las o romantycznym klimacie.

Udostępnij:
Przejdź do treści