Sarny u Jaracza
Trochę przy okazji, trochę z ciekawości trafiłem wczoraj na spektakl „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, grany w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Wcześniej czytałem książkę, wcześniej widziałem też film Agnieszki Holland. Przyznać muszę, że to co zobaczyłem w teatrze jakoś bardziej do mnie przemówiło niż film i chciałbym zostać przy tej wersji na dłużej. Jako że zatrzymało mnie, wryło a sam spektakl wywołał u mnie mocne emocje a nawet wzruszenie. Nie chcę wchodzić w treść sztuki, bo dyskutowanie z czyimś odczuwaniem nie ma najmniejszego sensu. Zostanę przy spektaklu, który już po kilku minutach zaskoczył mnie całkowicie. O ile główna postać, samotniczka Duszejko jest jak z opisu Tokarczuk i ta koszula w kratę i pięknie zagrana przez Milenę Lisiecką, o tyle, o czym za chwilę napiszę reszta jest już nowym spojrzeniem na książkę Tokarczuk. Wszystko przez Sarny. Choć przyznać trzeba Lenie Frankiewicz, reżyserce tych chwil, że spojrzała na tekst nową, piękną wyobraźnią. Cóż, Sarny zostawię jednak na potem.
Pięknie zagrany spektakl i trudno tu każdego z osobna chwalić bo czuło się dobrze zgrany zespół, to warto zwrócić jeszcze uwagę na piosenkę (na co dzień ich raczej nie słucham), która wywołała we mnie jakieś wilgotne kąciki oczu a śpiewał ją Mikołaj Chroboczek, który dodał coś więcej do spektaklu i warto dodać, że te wszystkie Zenki mogłyby się sporo od pana Mikołaja nauczyć. Czapka policyjna z głowy Panie Mikołaju. Już Sarny? No nie.
Jeszcze zgniotek, bo o nim opowiadał Entomolog i kręcił się w starych świerkach Sudetów Wschodnich, szeroko pojętych okolicach Kłodzka, który przypominał mi moich kolegów od chrząszczy z Uniwersytetu Wrocławskiego, choć nie wiem czy, któryś z nich gra na gitarze i czy śpiewają jak Eric Burdon, bo ten w spektaklu grany przez Mariusza Siudzińskiego poszedł po całości i zaśpiewał marichuanowo i entomologicznie. Warto dodać, że jest taki niezwykły las świerkowy miedzy Śnieżkiem a Stromą, taki las krasnoludków, w którym zapewne nie jeden entomolog rozglądał się za Sarnami. Dziękuję. Sarny? Jeszcze nie.
Najpierw góry. I tu się muszę przyznać, że skrzywienie przyrodnika w oglądaniu tego co ludzie tak pięknie robią, myślę o scenografii, jest bardzo obciążające. Nie wiem dlaczego przypomniała mi się lekcja z liceum o orogenezie i nie mogłem przestać myśleć, że dlaczego te Sudety ze sceny, te Sudety Wschodnie, są z orogenezy alpejskiej doskonale robiące za Tatry (do tego był krzyż z Giewontu, raczej), a nie są z orogenezy hercyńskiej i nieco kaledońskiej jak na Sudety przystało. Przepraszam z góry i wiem doskonale, że w Teatrze można, wszystko można, mówię tylko o tym, że mi to nie grało optycznie z tym co znam z terenu. To nie zarzut, to raczej znalezienie w sobie tej przyrodniczej broszki, której jakoś nie mogę od siebie odpiąć. Bo przecież, ktoś kto robił te góry to raczej miał na myśli Góry, a nie jakiś konkretny Masyw Śnieżnika, Góry Stołowe, Góry Bialskie, czy Góry Bystrzyckie, Złote, Sowie czy Bardzkie. Scenografkę Agatę Stanulę z góry przepraszam, bo scenografia i pomysł na nią jest super. No i zanim te Sarny, to jeszcze bliskość granicy z Czechami przypomniała mi podczas spektaklu inne sarny. Mianowicie książkę Oty Pavla „Śmierć pięknych saren”, która zrobiła mi się jeszcze bliższa i jakoś to pogranicze czeskie i pewne zbieżności, choć inny czas i okoliczności zagrały mi bardzo sarnio!
No i już. Już Sarny. Spektakl bez trzech Saren, pań: Agnieszki Kryst, Anny Steller i Alisy Makarenko nie byłby tak magiczny i tak bardzo budujący atmosferę. Choreografia zapięta na ostatni kosmyk sarni, towarzyszenie bohaterom, czasem gdzieś dalej, gdzieś indziej (czerpiąc z Dariusza Czai) było jakimś mistycznym dodatkiem do całości. Nazwiska łączę z tym co widziałem i z tym co przeczytałem, choć Twarzy Saren na stronie brak. Może i dobrze, bo to trzeba zobaczyć. I to była ta górska mgła, w tym całym zamieszaniu. Jeśli w tym spektaklu miała być Wrażliwość, to tak, była doskonała w ciałach tych trzech Saren, tych Pań. Z podziwem.
I znów włączył mi się biolog, znów z góry przepraszam, ale patrząc z balkonu, ta głowa sarny, ten rekwizyt, ta martwa co z garnka wypadła, może robić wrażenie, że to inne zwierzę… dzik? Ciele?…. Wiem, wiem licentia poetica, ale bycia biologiem nie zostawia się za drzwiami. Ja bym zmienił…bo oczy Saren są inne niż u wszystkich naszych zwierzaków. Sarny są trochę delikatne i takie ufna. Głowa była jednak obca. I tu, żeby się jakoś pokajać, za uwagi przyznam, że dzik był w punkt! Rzec można Odyniec.
Gorąco polecam, warto zatrzymać się w Sudetach w pobliżu Piotrkowskiej w Łodzi i spojrzeć na Sarny inaczej i być może warto wrócić przy okazji, albo odkrywać Wiliama Blake’a bo wpisał się w to całe przedstawienie, oczywiście za sprawą Olgi Tokarczuk.
Poszedłbym raz jeszcze.

