Łabędzi zmierzch
Długo się ustawiały, długo czekałem aż uznają swój zmierzch. Łabędzi zmierzch jest inny od zmierzchu astronomicznego, cywilnego czy żeglarskiego. Ten zależy od zbudowanego napięcia, od pragnienia wody, od czerni nadchodzącej nocy, od psychiki stada. Każdego dnia łabędzi zmierzch raz jest szybciej, raz później, nieco. Złapane ostatnie światła dnia. Tam wyżej, bliżej nieba światło jeszcze jest, ciepłe z zachodzącego słońca. Wysoko, wysoko lecący samolot kąpie się nadal w pełnych promieniach słońca a czarne nogi łabędzi tkwią już w smolistej nocy. Żółte latarki dziobów, jak małe światełka unoszą się ku górze a łopot skrzydeł rozsypuje puch po polu. Chwila oderwania, chwila, która zostawia miniony dzień daleko za sobą w oczekiwaniu na to co spotka je na Odrze, bo tam odleciały. Są jak wielkie, chińskie lampiony z papieru, jak przyniesione kiedyś z Ikei papierowe abażury rozciągnę na bambusowych patyczkach. Świecą sobą na polach przez cały dzień, swą bielą. Gdy odlecą pola stają się od razu czarne. Jakby ktoś zgasił światło. Pstryk. Zmierzch. Ciemność. Czarną, olejną farbą dolina zamalowana.