blog.

Deszcz nie spadł dziś z nieba

Jaki dziś dzień? Trochę szarości mknęło po niebie, trochę mgieł wieczorem, ale dzień był dobry na jazz. A jeśli jazz na szary dzień, to oczywiście musi być Miles Davies i jego niezwykły „Blue in Green”. Tym razem deszcz nie spadł z nieba, lecz spadać zaczął z niezwykłego grzyba, który w zieleni łęgu idealnie pasował do grającego w uszach Davisa. Ciemny las, brak światła, wielki dąb i on – w dolinie Łachy widzę go po raz pierwszy i to w zupełnie niespodziewanym miejscu. Pseudoinonotus dryadeus, bo zdaje się, że to on – bladoporek płaczący – sprawił mi dziś radość. Nie wszystko, co płacze, jest w rzeczywistości smutne; nie wszystko, co smutne, nie może być piękne. W płaczu, jak widać, piękna zobaczyć można więcej niż w całym tym wyglancowanym świecie. Każda kropla odbijała w sobie kawałek starego łęgu: upadłe jesiony, spakowane paklony, czerniejące olsze czarne, szyjki głogów, starą jabłoń, podagrycznik z jesienną podagrą, szczyr wcale nie taki trwały i szare niebo. Niby dzień, a noc. Niby nic, a grzyb – jeśli to on – uznawany za narażony na wymarcie, rzadki. Odchodzi ze starymi drzewami. Dąb nad rowem, odchodzący matuzalem, który karmi sobą tych wszystkich, których nikt już nie widzi, nie ogląda, nie płacze. Nie płacze za bladoporkiem płaczącym. Choć i on wywołał u mnie małą łzę za dzieciństwem, bo przy tym dokładnie dębie nauczyłem się głosu dzięcioła średniego. Przy nim dziwiłem się kolorom kokoryczy pustej, przy nim rozbijałem orzechy laskowe, a dziś przy nim zachwyciłem się bladą hubą z deszczem. Piękny był. Nawet jeśli to nie on – choć wygląda jak on, płacze jak on, kolor ma jak on, nisko na dębie jak on – ale czy to on?

Udostępnij:
Przejdź do treści