Z czerni w piękno
Stary pień dębu, który leży od wielu lat, sczerniał, skurczył się od suszy i właśnie wydał coś, coś z siebie oddał. Z czerni dębu wybuchły płomienie, jakby za chwilę cała kłoda miała zapłonąć, jakby przyszło nowe, które za chwilę odmieni rzeczywistość. Przyroda ma sposoby na rewitalizację tego, co do tej pory było martwe – musi mieć tylko czas i trochę substancji, które da się, mówiąc kolokwialnie, zjeść. Owocnik żołciaka jest tylko objawieniem tego, co dzieje się w środku, gdzie sieć strzępków, jak podziemne, ogromne metro, pracuje nad budową nowych tuneli i stacji. Wypełnia je sobą, zamienia twarde drewno w miękką, pachnącą masę, która za kilka lat rozsypie się i zmiesza z glebą. Potem znów jakieś drzewo wyrośnie na grobie swoich rodziców i przez kolejne setki lat będzie budowało swoją masę. Da cień, da tlen, da ciepło i, jak w przypadku dębu, nakarmi świat nadmiarem skrobi produkowanej w żołędziach. Jedno drzewo, tysiące światów, w których grzyby są jakby pod koniec. Są w zasadzie cały czas, ale pod koniec zaczynają zajmować się tym wszystkim, co zostało zgromadzone. Grzyby są jak historycy. Grzebią w zakamarkach i wyszukują to, co najlepsze. Tym się karmią, tym się delektują, dając nam czasem owocniki pełne ciągle jeszcze słabo wykorzystywanej chemii, a w nich zdaje się być wiele odpowiedzi na choroby. O ile kwiaty potrafią zatrzymać nas i by cieszyć się ich pięknem, o tyle owocniki grzybów potrafią zaskoczyć, a nawet przerazić. Jedyne, czego im trzeba, to wilgoć, bez której ich życie wydaje się nie mieć sensu. Są wszędzie, a my widzimy tylko tyle, ile chcą nam pokazać. Najczęściej są to owocniki, którymi i nas oczarowują, a nawet karmią.