Pewna szczurza historia
Częściej widzę je w miastach, a że tam za często nie bywam, to nie widzę ich zbyt często. Sporo o szczurach wiadomo. Jednych obrzydzają inni je jedzą. Od skrajności w skrajność. Dziś jednak nie chcę skupiać się na ich PR. Bardziej interesuje mnie ich pojaw na wsi. Jest rzeczą oczywistą, że pojawiają się w pobliżu dużych hodowli zwierząt, ze względu na łatwy dostęp do paszy. W mojej okolicy wszystko się zamieniło. Ekstensywnych rolników jak na lekarstwo, wokół owszem chemia i przemysł na polach. Jednak szczury pojawiają się w miejscach, w których nie ma już nikogo. Już kolejny raz mamy do czynienia z pewnym procesem. We wsi umiera człowiek. Ostatni właściciel gospodarstwa. Zostawia pusty dom i zabiera ze sobą historię, której już nikt nie powtórzy. Jeszcze sto lat temu te historie były powtarzane w kolejnych pokoleniach. Dziś wszyscy uciekają do dużych aglomeracji, gdzie wokół nich zamieszkują szeregowe domy budowane w kukurydzy. Pod Wrocławiem jest to już jakaś wyraźnie zaznaczona epoka architektoniczna. W tych gospodarstwach, w których już nikt nie karmi kur, gołębi, w których nie ma dwóch świń i krowy, nie ma owcy, nie ma kozy, jest miejsce na szczurze historie. Jest pustka i pozostawione w obórkach i na strychach zboże. I właśnie tu pojawiają się szczury. Cisza i spokój. Czasem kilkaset kilogramów jedzenia. Nikt tu nie prowadzi deratyzacji, nikt ich nie przegania. Trwają tu tak długo, aż wszystkiego nie zjedzą lub tak krótko jak pojawi się nowy gospodarz. Generalnie pasuje im nieporządek. Szczury z ich inteligencją doskonale wiedzą, gdzie szybko mogą zwiększyć liczebność populacji i powędrować dalej, do kolejnego gospodarstwa, w którym nikt rano nie idzie otworzyć kurnika. Na szczęście obserwuję też puszczyki i płomykówki, które gustują w młodych osobnikach. Koty owszem przyglądają się norom, ale łatwiej im polować na dzikie ptaki. Szkoda. Szczury przychodzą po śmierci i korzystają ze świętego, wiecznego spokoju tych co już przeżyli swoje.