Zimujące dzierlatki
Rozsypane siano na drodze, jakieś resztki opadłe podczas transportu, przyciągnęły do siebie tych co żyją z rozsypanego. Szaro, na szarym poboczu, na szarym płocie. Jedna po drugiej wracały do rozsypańca. Dziobały, zmieniały pozycję czubka, który mógłby wyrażać ich chwilowe emocje i zatrzymywały się nad przebieraniem ziaren od plew. Niczym z zadań biblijnych, choć tu bardzo dosłownie, z zamysłem uzbierania pełnego brzucha, zanim noc stycznia zamknie im przydrożny bar. Było ich osiem. Być może rodzina z ostatniego sezonu. Wspólnie patrzą, wspólnie jedzą, wspólnie się ostrzegają. Ten na płocie coś śpiewa, choć to jeszcze nie to wiosenne śpiewane. Raczej takie dzierlanie zimowe. Krótki moment na rozrywkę, na cieszenie się słońcem, a może znów rodzaj wyrażanych śpiewem emocji przed nocą. Osiem to już jakieś stado, stadko, ze stadła wynikające. Ozdoba wiejskich obrzeży, wielkich placów, parkingów i supermarketowych nie-miejsc, o których snuł opowieści Marc Augé. Bez dzierlatek trudno sobie wyobrazić Ulicę Krokodyli Schulza, gdzie błotniste drogi Drohobycza niknęły pod żelazem obręczy drewnianych kół, które rozjeżdżały rozsypany owies, resztki siana z końskich obiadów. Dzierlatki pasują do światów szarych, przemykających, do nie do końca subiektywnych subiektów przechodzących ze sklepu do sklepu i płoszących te ptaki na drobną chwilę. One są z ekstensywnego świata, choć towarzyszą i intensywnym rolnikom, ale wszędzie tam gdzie coś się usypie, uleje, ugrzęźnie. Wszędzie tam dzierlatki znajdą swoje nasiona, swój wikt na zimowy czas.