Krzyk z północy
Nie jestem jakoś związany z piłką nożną, ale nie wiedzieć czemu raz na kilka lat trafiam na mecz, który – jak się potem okazuje – ma wielkie znaczenie. Krzyk mew z północy złączył się wczoraj z okrzykiem całej Norwegii, która wysłała Brazylię do domu. Taka gra. Jednak patrzenie na norweskich zawodników to jak patrzenie na mewy zdobywające pokarm. Jedni doskonale bronią się przed innymi – i tu od razu kojarzy się bramkarz Norwegii, którego determinacja wystarczyłaby dla wszystkich bramkarzy w polskich klubach – i oczywiście on, ten wielki, białogłowy Wiking, który ukradł wczoraj sympatię świata: Erling Haaland. Jak dorosła samica mewy brał najlepsze kąski kłębiące się w morskich falach gorącej Brazylii i chłodnego Morza Norweskiego.
Przyznam, że jak nigdy, albo jak prawie nigdy, miałem przyjemność z patrzenia na mecz, w którym reprezentanci Norwegii doskonale wiosłowali, by osiągnąć cel. Rano patrzyłem na mewy srebrzyste i inne, które precyzyjnie przeganiały śmieszki. Natomiast samo przedłużanie meczu było zupełnie smutne i niepotrzebne, jakby chodziło o ropę naftową Ameryki Południowej, a nie o radość z gry. No ale ja jestem od przyrody, a nie od takiej nierównej polityki. Chciałbym, by Polacy również razem wiosłowali do przodu, a krzyk był wyrazem radości ze wspólnego wiosłowania, a nie tej bezinteresownej zawiści i zakorzenionego podziału. Warto się uczyć od Norwegów dążenia do celu – pokazał to już kiedyś Amundsen. Warto w życiu wiosłować.