Ryby i zbiorniki zaporowe
To, co dzieje się w ostatnich latach w kwestii zatrucia ryb, jest następstwem działalności człowieka. Dziwi jednak fakt, że nadal planuje się zbiorniki zaporowe, które mają chronić ludzi przed powodzią. Jeśli spojrzymy na Odrę, to wszędzie tam, gdzie były zapory, straty okazywały się ogromne – tak było na Opolszczyźnie w 1997 roku, potem w 2010… czy podczas ostatnich powodzi jesiennych związanych z niżami genueńskimi. To, że dziś giną ryby w Bobrze, na którym jest sporo zbiorników, to efekt decyzji podejmowanych jeszcze przed II wojną światową. Rzeczą oczywistą jest, że na dnie takich obiektów nazbierały się różne toksyczne osady. Gdy zostaną one uwolnione, dojdzie zapewne do procesów gnilnych zabierających tlen oraz do uwolnienia całego spektrum groźnych pierwiastków.
Jak widać, renaturyzacja rzek staje się absolutną koniecznością. Jednym z najlepszych działań, jakie można podjąć, jest powiększanie obszarów zalewowych podczas wezbrań tak, by nie tworzyć zagrożenia dla życia i mienia ludzi. Chodzi o odsuwanie wałów od rzeki i tworzenie polderów, które przy niskich stanach wód mogą być wykorzystywane przez rolnictwo. Jeśli chodzi o zbiorniki retencyjne, jedynymi, które mogą skutecznie ochronić ludzi, są te, które od początku pozostają suche! Jeśli planujemy zbiornik z pływającą kopalnią kruszywa, łódkami i innymi atrakcjami, to musimy się liczyć z tym, że woda powodziowa po prostu się w nim nie zmieści. Można to sprawdzić w domu: do pełnego wiadra wody proszę wlać wiadro wody i zaobserwować co się wydarzy!
Koszt budowy zbiorników zaporowych jest ogromny, a utrata wody przez parowanie może sięgać nawet 30%. Stąd moje pytanie: po co to robić? To szaleństwo za pieniądze podatników, które i tak skończy się kolejnymi katastrofami. Może czas na zmianę myślenia i refleksję? Warto też poczytać o sytuacji w Australii, gdzie rolnicy muszą odkupywać wodę z takich zbiorników, by utrzymać swoje stada bydła, przez co często bankrutują. Są w Polsce mądrzy naukowcy, którzy na temat szkodliwości takich inwestycji powiedzą więcej niż ja. Tylko czy ktoś ich posłucha?