Kiedy rodzinne stado kuropatw wyszło z tarninowych czyżni na skraj pól, serce zabiło mi szybciej. Moje dzieciństwo to było właśnie łażenie za kuropatwami, dokarmianie ich zimą i wysłuchiwanie po nocach marcowych kogutków. Potem, przez lata ich nie słyszałem, nie widziałem
Lud jest już tak wystraszony i posłuszny, że w niebo mało patrzy. Bo i po co. Dziś tylko ostrzeżenie, światła jeszcze nikt całkiem nie zgasił, można żyć. To nic, że ceny z kosmosu. Pomijając aspekt straszenia ludzi od tysięcy lat
Jakoś w tym bezkresie upadłych liści, tej ferii pastelowych kolorów, w której inność czuje się jak w więzieniu, przytłoczony byłem zachwytem nad jesienią, który leje się z każdej strony. Może w tym przytłoczeniu złotą polską było trochę strachu o efemeryczność
W buczynie, pod bukiem starym, stary krasnoborowik ceglastopory wydzierał się swoją krasną barwą. Stary już, rumiany na bokach, ale ciągle w pełni sił, królował w swoim lesie. Wznosił się ponad rudością jesieni i szorstkością łupin bukwi. Chyba nie bardzo wierzył,
Widzisz go z daleka, obcy taki, dziki, leży na skraju lasu. Myślisz sobie, przecież zaraz ucieknie, pójdzie sobie, zniknie. Jednak przekora, która bywa drugą naturą człowieka pcha cię w jego stronę. Jeszcze metr, może do krzewu trzmieliny. Może skrajem lasu.
Powiesz to tylko Listek. Przejaw bujnego lata, nabrzmiały kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik… Zwłaszcza lipiec, sierpień, wrzesień i październik, kiedy był już ukształtowany i cały swój magnez uruchamiał do zbierania energii. Gubił się w zielonej zieleni lata i
Nie, nie dziś nie będzie o „Czarnoksiężniku z Krainy Oz”. Nie będzie zatem po małej Dorotce z Kansas, której domek porywa tornado do zielonej krainy. Choć, każdy z nas może sobie wyobrazić swoją zieloną krainę, w której być może jest
Wstąpiłem na chwilkę do czarnego lasu. Ciemno, prawie noc, szkliły się jedynie odwrócone talerzyki porcelanowe. Schły na porcelanowych nóżkach, choć ciągle spływała z nich płynna porcelana. Jakby jakiś ceramik wyciągnął z pieca swoje małe działa sztuki. Zresztą po angielsku to
Jeszcze kilka tygodni temu pąk kozibrodu otwierał swe żółte płatki, by zabłysnąć malutkim słoneczkiem. Zagubiony w zielonej trawie był małą gwiazdą w kosmosie rozległych łąk. Czas jednak biegnie swoim tempem i ten jego upływ widać na kozibrodziej głowie. Słowo „zmiana”
Niepozorne, gdzieś w lesie a jednak niezwykłe! W Wielkopolskim Parku Narodowym w takim oczku śródleśnym traszki grzebieniaste znajdują tu miejsce do rozrodu. Potrzebują wody. Szukając wodnych chrząszczy napatrzyłem się na traszki, ale nie na chrząszcze. Tak czy inaczej woda w