Bardzo jednoznaczny obrazek. Biały orzeł na wielkim drzewie, a pod nim: Lech, Czech i Rus. Za młody na tych trzech. Tym razem na dębie było 5 osobników. Do tego na okolicznych drzewach ze dwadzieścia kruków. Zjadły to co pozostawił ktoś
Goethem zapachniało? Wirujące drzewa, pytania do ojca, trochę taniec śmierci z życiem i na koniec wygrywa Śmierć, która zabiera dziecko do wieczności, a w języku biologicznym do obiegu węgla, azotu i paru jeszcze innych pierwiastków. „Król olch” Goethego, jakże ważny
Są lasy i są lasy. Łęgi dębowo-wiązowo-jesionowe nad Odrą to jedne z najrzadszych lasów w Europie. Mówię oczywiście o tych dobrze wykształconych z dnem lasu poprzecinanym rynnami łęgowymi, które tworzą się podczas wylewów i z całym tym gąszczem porastającym żyzne
Podczas kontroli noclegowiska uszatek, w pierwszej chwili mam wrażenie, że ich nie ma. Gdy zobaczę pierwszą, kolejne stają się już proste do policzenia. Ich urbanizacja wydaje się być ich strategią na przezimowanie. Blisko ludzi jest bezpieczniej, a z pojedynczych drzew
Śniegiem malowane, śniegiem. Wszystko teraz można zobaczyć inaczej. Stojąc z boku, ale trochę za. Zima zmusza jelenie do aktywności i poszukiwań, to i w dzień zdarza im się wędrować. W poszukiwaniu zamrożonych liści jeżyn, leżących sosen po ostatniej okiści. Widać
Gdy jedni zimują, koncentrują się na niezamarzniętej rzece, inni próbują ich zjeść. Można o tym nie mówić, ok. Chyba jednak warto i o tym. Rzecz normalna od zarania w biologicznym ciągu zdarzeń. Gdy zimno ochota na białko rośnie. W zachowaniu
Świat zmienił się na naszych oczach. Docierające do nas wiadomości, najczęściej te złe, jakby na dobre w mediach nie było miejsca sprawiają, że wrażliwi może i widzą więcej, ale z pewnością żyją krócej. Trudno znieść roszczenia do Grenlandii, do Donbasu
Wszędzie lód, wszędzie zima zatrzymuje codzienność, zamraża, to co popłynęłoby już dawno gdzieś dalej, gdzieś do Szczecina. Odra staje się domem tysięcy zimujących ptaków. Wieczorem wracają z polnej tułaczki i piją, piją, piją. Tak bardzo pragną, że nic ich nie
Słońce wychodzi zza górki. W ciągu Wzgórz Strupińskich to jeden z tych gładkich, morenowych garbów, zza którego słońce wychodzi zimą. Gładki pagór, oświetlony oślepiającym słońcem, które jeszcze chwilę temu wschodziło w Kaliszu, Radomiu, Lwowie i gdzieś tam na nieludzkiej ziemi.
Rozsypane siano na drodze, jakieś resztki opadłe podczas transportu, przyciągnęły do siebie tych co żyją z rozsypanego. Szaro, na szarym poboczu, na szarym płocie. Jedna po drugiej wracały do rozsypańca. Dziobały, zmieniały pozycję czubka, który mógłby wyrażać ich chwilowe emocje
Odpowiedź wydaje się być oczywista, że nie, choć wielu ludzi chciałby by byli oni podobni do nich samych. Podobnie myśleli, podobnie robili a najlepiej jeszcze wyglądali. Ktoś jednak chciał by była zmienność. Ta ktosia, bo to ewolucja bardzo lubi zmienność.
Mimo zimowej ciszy ptaków, na polach koncert trwa. Krzykliwe krzyczą krzykliwy koncert na polach. Od cichych trąbek, wręcz przygasłych flażoletów, przez rożki, obój Tytusa Wojnowicza, klarnety, fagoty, kontrafagoty, przez saksofony Garbarka, saksofony Kennego Garreta przez trąbkę pop jazzowego Chrisa Botti,